Po świątecznym i noworocznym rozpasaniu ciężko przejść do normalnego trybu żywienia. Co rusz nachodzi mnie ochota na `coś słodkiego`, a że Mikołaj w tym roku przyniósł właśnie o słodkim książkę... Zdecydowałam się zmierzyć z przepisem słynnej blogerki na buchty tyrolskie - oryginalnych nie jadłam, ale moje w połączeniu z kubkiem mleka, kocykiem i deszczem za oknem wypadły na piątkę!
Przepis pochodzi z książki Elizy Mórawskiej - White Plate - Słodkie (i będzie ich więcej!)
500 g mąki pszennej
70 g cukru
70 g miękkiego masła
2 jajka
170 ml ciepłego mleka
25 g świeżych drożdży
1 łyżeczka startej skórki cytryny
1 łyżeczka naturalnego ekstraktu waniliowego (ja dodałam aromat waniliowy)
marmolada morelowa (lub powidła śliwkowe)
Drożdże rozkruszamy i dodajemy łyżeczkę cukru. Gdy się roztopią dolewamy mleko, dosypujemy łyżkę mąki i mieszamy. Po 15 min powstanie rozczyn.
Gdy rozczyn "się robi" do dużej miski wsypujemy mąkę, masło, jajka, cukier, wanilię i skórkę cytrynową. Wszystko mieszamy i dolewamy rozczyn. Zagniatamy aż ciasto będzie gładkie i miękkie. Przykrywamy i odstawiamy do wyrośnięcia na 60 min.
Odrywamy kawałki wielkości orzecha włoskiego, rozpłaszczamy w dłoni i kładziemy na środku łyżeczkę nadzienia. Brzegi zalepiamy do góry, tak by stworzyć "pączek". Pierwszy był trudny, z kolejnymi szło mi coraz sprawniej. Bułeczki układamy na nasmarowanej olejem blaszce, zlepieniem do dołu, w odstępach ok 2 cm. Zgodnie z tyrolskim przepisem mają się wręcz skleić podczas pieczenia :) Odstawiamy pod przykryciem na ok. 30min.
W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 160`C. Bułeczki pieczemy około 35 minut, po ostudzeniu posypujemy cukrem pudrem.
Smacznego!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz